Przemówienie Jean-Yves Le Driana, ministra spraw europejskich i zagranicznych (Praga, 6 grudnia 2019) [fr]

Przemówienie Jean-Yves Le Driana, ministra spraw europejskich i zagranicznych; (Praga, 6 grudnia 2019).

Szanowny Panie Ministrze, drogi Tomášu,
Szanowny Panie Rektorze Uniwersytetu Karola, Gospodarzu dzisiejszej konferencji,
Szanowna Pani Prorektor,
Szanowny Panie Dyrektorze Akademii Nauk,
Szanowny Panie Dyrektorze CEFRES, drogi Jérôme Heurtaux,
Szanowni Państwo,
Drodzy Przyjaciele,

Trzydzieści lat upłynęło od roku 1989. To czas jednego pokolenia. W tym czasie nastąpiło przejście od euforii do zwątpienia.

Jestem Europejczykiem z przekonania i muszę powiedzieć, że Europa jest sensem mego zaangażowania politycznego. Pamiętam zapał i radość tych dni, które jesienią 1989 roku odmieniły oblicze naszego kontynentu i poruszyły, bez wyjątku, wszystkie europejskie narody.

Obecnie, jako francuski minister do spraw europejskich i zagranicznych, ze zdziwieniem stwierdzam, że z upływem kolejnych dziesięcioleci nasze upamiętnianie wydarzeń roku 1989 staje się coraz bardziej skromne, w mniej widocznej jedności. A przecież nigdy wcześniej nie potrzebowaliśmy tak bardzo Europy silnej, wolnej i wiernej swym zasadom.

I właśnie dlatego chciałem przybyć tutaj, do Pragi, na Uniwersytet Karola, znajdujący się w samym sercu Europy, aby wspólnie z Państwem zastanowić się nad znaczeniem roku 1989 i nad tym, co ten rok ma nam dzisiaj do powiedzenia o tym, kim jesteśmy i o europejskiej ambicji, która powinna być naszą ambicją. Przybyłem dzisiaj, by skierować do Państwa przesłanie jako Europejczyk zwracający się do Europejczyków, na temat tego tak szczególnego roku, przesłanie na temat nadziei i rozczarowań, ale także przesłanie o przyszłości ducha roku 1989.

Rozczarowanie, o którym niektórzy mówią, powinno zwrócić uwagę historyków i naukowców. To właśnie jeden z problemów poruszanych na tej konferencji, zorganizowanej przez Francuski Ośrodek Badań z zakresu Nauk Społecznych w Pradze, Akademię Nauk i Uniwersytet Karola, którym dziękuję za zaproszenie do zabrania głosu na tym forum.

Istnieje wiele powodów, które powinny zwrócić uwagę historyków i naukowców, ale także wszystkich Europejczyków – a szczególnie tych, na których spoczywa odpowiedzialność polityczna. Pamięć o roku 1989 stawia przed nami kluczowe kwestie: mnogość pamięci o naszych dziejach, niezależność i bezpieczeństwo Europy, powiązanie suwerenności państw z suwerennością europejską.

Odpowiedzieć na to rozczarowanie, odnaleźć nić przewodnią i energię naszego europejskiego marzenia, to właśnie stanowi stojące przed nami wspólne wyzwanie.

Zacznę od tego, czego nie przyjechałem robić w Pradze. Jestem politykiem, który uczestniczy w konferencji naukowej z zakresu nauk społecznych. Na każdym z nas spoczywa inna odpowiedzialność. Ta odpowiedzialność jest znacząca, ale różna. Nie przybyłem tutaj, aby wygłosić wykład z historii.

Naukowcy powinni mieć możliwość swobodnej pracy nad tymi wydarzeniami historycznymi, podobnie jak nad wszelkimi innymi. W tym roku obchodzimy nie tylko rocznicę wydarzeń 1989 roku, ale także 80-lecie paktu Ribbentrop-Mołotow i objęcia Europy okupacją nazistowską i sowiecką, które to okupacje początkowo współistniały, po czym ta druga zastąpiła pierwszą.

Albowiem niektórzy ulegają pokusie uprawiania „polityki historycznej”, instrumentalizowania przeszłości, podsycania żaru minionych konfliktów, wzbudzania coraz większej niepewności, to wszystko w służbie ideologii. Dzisiaj mamy do czynienia z zagrożeniem, jakim jest pisanie historii na nowo, pod kątem interesów i odmienionych narracji narodowych.

Zbyt wiele legend podniesionych do godności oficjalnych prawd stanowiło źródło krwawych konfliktów na naszym kontynencie, byśmy mogli pozostać obojętni na ich odradzanie się. Powrót do ideałów Europy epoki Oświecenia, to zachowanie ducha krytycyzmu w naszych społeczeństwach. Jeśli prawda i nieprawda są sobie równe, wówczas samo słowo prawda zostaje pozbawione sensu.

Właśnie dlatego, Szanowni Państwo, 23 państwa, w tym Francja, wnioskowały o utworzenie, z inicjatywy francuskiego przewodnictwa w Radzie Europy, obserwatorium nauczania historii w Europie. Sporządzając w oparciu o obiektywne fakty sprawozdanie na temat programów i podręczników szkolnych, obserwatorium to pozwoli prowadzić dialog na polu nauczania historii w Europie, zapobiegać powrotowi narracji rasistowskiej, ksenofobicznej czy antysemickiej, pozwoli też pracować na rzecz zbliżenia między narodami. A być może uda się pokazać, że w poszanowaniu naszych własnych dziejów, istnieje jeszcze wspólna historia, która nas łączy, historia naszego kontynentu i tego europejskiego ducha, którego jesteśmy spadkobiercami i gwarantami.

Jak mawiał jeden z największych francuskich historyków, Marc Bloch, „z nieznajomości przeszłości nieuchronnie rodzi się niezrozumienie teraźniejszości”. Może ono także rodzić się z manipulowania historią. Jedną z europejskich zasad jest wolność akademicka i tam, gdzie jest ona zagrożona, tam demokracja i pokój są w niebezpieczeństwie.

Natomiast naszym obowiązkiem, jako polityków, jest budowanie, na fundamencie prac badawczych naukowców, wspólnej europejskiej pamięci, zachowując przy tym dwie zasady.

Po pierwsze, wymóg poszanowani narodowych pamięci, które muszą być uznane i wysłuchane. Nasze narodowe narracje są budowane wokół wybiórczych odniesień do przeszłości. Ta sama data może mieć inny wydźwięk w dwóch różnych europejskich krajach.

I tak rok 1968 nie wywołuje tych samych skojarzeń w pamięci Francuzów, Czechów czy Polaków. Podam jeszcze inny przykład: przed rokiem w Paryżu obchodziliśmy stulecie zakończenia pierwszej wojny światowej. Dla Francuzów rok 1918 oznacza rozejm i ulgę, ale w tej części Europy, aż do roku 1923, oznacza rozpad imperiów, wojny, rewolucje, przesiedlenia ludności, pogromy, które naznaczyły ten okres w dziejach.

Podobnie rok 1989, dla Francuza czy Niemca, to będą przede wszystkim obrazy upadku muru berlińskiego, a nie tyle wzruszający obraz łańcucha ludzkiego, który już pod koniec sierpnia 1989 roku połączył trzy kraje bałtyckie, których aneksji nigdy nie uznaliśmy, ale które nie odzyskały jeszcze wtedy suwerenności. To zrozumienie naszych poszczególnych pamięci narodowych winno być kluczowe dla konstrukcji europejskiej. Trzeba, by wszyscy Europejczycy, poczynając od Francuzów, usłyszeli to i zrozumieli.

Druga zasada polega na tym, że poszanowanie pamięci narodowych nie oznacza poparcia dla projektów ponownego napisania lub instrumentalizowania przeszłości. Tu nie chodzi o zachęcanie do historycznego relatywizmu czy rewizjonizmu. Nie chodzi także o odgórne promowanie narracji jednoczącej. Nie chodzi o budowanie jednej historii, ale właśnie o wytworzenie „europejskiej świadomości historycznej” opartej na przekonaniu, że nasze narodowe dzieje muszą stanowić fundament wspólnego poczucia bycia Europejczykami, nareszcie zjednoczonymi w swej różnorodności.

Miejmy na uwadze to zdanie Victora Hugo: „Wspomnienia są naszą siłą. Kiedy mrok usiłuje powrócić, należy zapalać wielkie daty tak, jak zapala się pochodnie”. Upamiętnienie roku 1989 i wspólna refleksja nad obietnicami, które ten rok przyniósł, tymi, które się ziściły jak i tymi, które zawiodły, może jedynie wzmocnić naszą determinację budowania naszej wspólnej przyszłości w pokoju i demokracji.

Jestem dziś tutaj, bowiem jestem przekonany, że europejska pamięć musi odzwierciedlać wielogłos narodowych pamięci. Jestem przekonany, że musimy się jeszcze pojednać z różnorodnością naszych pamięci, aby lepiej zrozumieć, w jaki sposób ta różnorodność jest kluczowa dla tego, czym jest Europa.

Kiedy w 1983 roku Milan Kundera wspominał „tragedię Europy Środkowej” nie mówił tylko o sowieckiej dominacji. Ubolewał przede wszystkim, że Europa Środkowa istnieje w oczach Zachodu jedynie jako część sowieckiego imperium. Różnice, dzisiaj nie mniej, niż dawniej, nie mogą zacierać tego, co nas łączy, naszej wspólnoty losu i uniwersalnych zasad będących spuścizną epoki Oświecenia.

Myślę, że tylko włączając te głosy do zbiorowej narracji, którą musimy wspólnie budować, podejmując dialog w ramach tej narracji, będziemy mogli w pełni uchwycić znaczenie roku 1989 w dziejach Europejczyków. A kładę na to nacisk, jak to podkreśliłem na początku, ponieważ musimy zrozumieć, skąd przychodzimy, aby wspólnie decydować, dokąd powinniśmy zmierzać.

Pozwolą Państwo, że powiem teraz, co rok 1989 oznacza dla Francuza i dlaczego chciałem przyjechać tutaj, do Pragi, aby uczcić rocznicę tych przełomowych wydarzeń, gdy po pięćdziesięciu latach okupacji, nazistowskiej a następnie sowieckiej, kraje Europy Środkowej odzyskały wolność, suwerenność i mogło rozpocząć się ponowne zjednoczenie Europy. Rok 1989 pozostawił nam w spadku: wolność, suwerenność, jedność.

Rok 1989 oznacza także powrót wolności, swobód, koniec totalitarnego ucisku i niszczenia jednostki, zwycięstwo demokracji i państwa prawa, co oznacza usankcjonowanie państwa, które już nas nie uciska, ale chroni.

To jest właśnie sensem europejskiego projektu, który Jean Monnet opisywał w następujący sposób: „my nie łączymy państw, my jednoczymy ludzi”. Mógłby dodać: „ludzi wolnych”. Nie zapominajmy, że demokracja nie może istnieć bez systemu, który chroni prawa i wolności, i zapewnia prymat prawa nad siłą. Ci, którzy utożsamiają demokrację zwaną „liberalną” z „tyranią” mniejszości, ci, którzy utożsamiają demokrację zwaną „liberalną” z wielokulturowością, z pogardą dla tradycji, nie tylko są sofistami, ale cierpią na amnezję. Zapominają, że właśnie tutaj, w Pradze, podobnie jak w Warszawie czy Budapeszcie, mężczyźni i kobiety stawiali opór totalitaryzmowi i walczyli, czasami za cenę własnego życia, o wolność.

Przybyłem tutaj po pierwsze, aby złożyć hołd tym, którzy przed trzydziestu laty zbuntowali się i narzucili oszołomionym rządom „siłę bezsilnych”, posługując się słynnym sformułowaniem Vaclava Havla.

Vaclav Havel: nie mogę wypowiedzieć tego nazwiska nie przywołując wspomnienia, które powraca - przed chwilą o tym mówiliśmy z Tomášem - poranka 9 grudnia 1988 roku i historycznego spotkania François Mitterranda z ośmioma czechosłowackimi dysydentami, wśród których był przyszły Prezydent kraju, który zrzucił jarzmo niewoli. Jestem dumny, bardzo dumny, że Francja wyraziła w ten sposób uznanie dla jego walki. A następnego roku we Francji, bardzo licznie, z podziwem i entuzjazmem patrzyliśmy, jak narody Europy Środkowej biorą losy w swoje ręce i zaczynają samodzielnie pisać własną historię, a właściwie nie tylko własną historię, ale i naszą historię, historię zjednoczonej Europy.

Pragnę także uczcić pamięć dysydentów, których duch oporu przygotował, w pewnym sensie, to odrodzenie. Mam na myśli Jana Palacha, oczywiście Vaclava Havla, Jana Patočkę i wszystkich, którzy propagowali Kartę 77. Myślę o księdzu Popiełuszce, kapelanie Solidarności, i o wielu innych, w tym o studentach z Budapesztu w 1956 roku, którzy walczyli o wolność.
Powiedziałem, że rok 1989 jest rokiem wolności, ale jest także rokiem odzyskania niepodległości i suwerenności przez wszystkie kraje znajdujące się pod sowieckim jarzmem. Rewolucje roku 1989 położyły kres doktrynie Breżniewa, tej teorii ograniczonej suwerenności, sformułowanej po inwazji Sowietów i ich sojuszników na Czechosłowację 21 sierpnia 1968 roku, po ogromnych nadziejach wzbudzonych Praską Wiosną. I to tutaj, w Pradze, ta doktryna przestała istnieć, kiedy 1 lipca 1991 roku rozwiązano Układ Warszawski.

Ta odzyskana 30 lat temu suwerenność powinna nas skłaniać do czujności wobec obiekcji, które pojawiają się z różnych stron w odniesieniu do pojęcia „europejskiej suwerenności”; wrócę do tego nieco później. Rozumiem przy tym przywiązanie do suwerenności narodowej krajów dawnego bloku wschodniego: mogły z tego dobra, jakim jest suwerenność, korzystać jedynie przez krótkie okresy. Dlatego też wybór sojuszy – czy ich braku – powinien być decyzją zainteresowanych krajów i narodów, a nie obcych potęg.

Wolność odzyskana w 1989 roku dotyczy kontynentu europejskiego w całości. Jak już mówiłem, zamiast o rozszerzeniu, które to pojęcie oddala nas od siebie, wolę mówić o zjednoczeniu Europy, bo to nas do siebie zbliża. Albert Camus uważał, że „źle nazywać rzeczy, to przyczyniać się do zła na świecie”. To, co źle nazwane, nie nadaje się do precyzyjnej refleksji.

Ta odzyskana wolność i ta historia, którą pisaliście z odwagą, wy Czesi, Słowacy, Polacy, Węgrzy, Rumuni, były także nasze. Wyście nam je przywrócili. Wolność Europy, w tym wolność Zachodu, była ograniczona niewolą Europy Środkowej i sowieckiego przedmurza. Rok 1989, to koniec jałtańskiego porządku, któremu wcześniej podlegaliśmy, ale którego Francja nigdy nie zaakceptowała. To więcej, niż „powrót do Europy” - której kraje Europy Środkowej przecież nigdy nie opuściły, jak to podkreślił Milan Kundera – to usankcjonowanie pewnego faktu geograficznego, ale i kulturowego, czyli politycznego, choć nieraz skwapliwie skrywanego, jakim jest jedność kontynentu europejskiego.

Szanowni Państwo, nawiązując do tego, co przede mną powiedział Tomáš Petříček, chciałbym powiedzieć, że Europa „Wschodnia” nigdy nie istniała. Był to sztuczny twór okresu zimnej wojny. Nie była to jakaś część trafnie wydzielona w następstwie wielowiekowych dziejów kontynentu. W roku 1989 Europa po raz pierwszy – po długim czasie, kiedy była pozbawiona swej istotnej części – miała szansę stać się podmiotem własnych dziejów, a nie jedynie przedmiotem zmian.

A ci, którzy dla potępienia projektu europejskiego czerpią uzasadnienie z braku jedności dzisiejszej Europy, są w błędzie: jedność naszego kontynentu nie jest jakąś abstrakcją czy politycznym sloganem, jakąś „inteligencką mrzonką”, jest natomiast konkretną rzeczywistością dla wszystkich Europejczyków cieszących się na co dzień swobodą przemieszczania się, za którą zapłacili tak wysoką cenę.

Być może jednym z najsmutniejszych następstw kryzysu uchodźców z 2015 roku jest zamykanie z powrotem granic, wznoszenie murów, podważanie tej przestrzeni swobodnego przepływu osób, jaką stworzył Układ z Schengen. Właśnie strefa Schengen stanowi, obok waluty euro czy też, choć w innym wymiarze, programu Erasmus, jeden z najbardziej konkretnych i widocznych wyrazów europejskiego zjednoczenia. Te zdobycze są jednocześnie niezbędne i kruche, jak zresztą cała konstrukcja europejska. Dlatego też, wobec tych, którzy powodowani względami wyborczymi tak chętnie prawią kazania, nie wahajmy się nigdy podkreślać, że mogliśmy i potrafiliśmy wspólnie budować taką Europę w służbie narodów, które wchodzą w jej skład.

Perspektywą dla tej wielorakiej pamięci roku 1989 jest oczywiście nasz wspólny projekt europejski. Chciałbym teraz przedstawić Państwu wnioski, jakie z tego nawiązania do wspólnej przeszłości wyciągam w odniesieniu do wspólnej przyszłości.

Ten projekt, który realizujemy - Francja, Wy, my - jest projektem europejskiego humanizmu, który bierze początek w bezkompromisowej obronie naszych wartości i zasad. To projekt polegający na konwergencji socjalnej, gospodarczej i fiskalnej, jak to przypomniał Tomáš Petříček. Trzeba pilnie reagować na rozczarowane nadzieje i zasypać podziały w Europie. Nie chodzi o jakiś nowy mur pomiędzy „dwiema Europami”, które by współistniały w Unii Europejskiej. Nierówności, pokusy populistyczne, utrata poczucia sensu czy punktów odniesienia, to dla nas wszystkich wyzwania, z którymi musimy sobie radzić. Powinniśmy je traktować jak wyzwania wspólne.

Wobec wypaczeń globalizacji i wyzwań międzynarodowej konkurencyjności, projekt ten polega na umacnianiu europejskiej potęgi w służbie naszych narodów. Zaburzenia na arenie międzynarodowej oraz brutalne przejawy siłowych rozwiązań kształtują obecnie życie świata. Europa stoi więc wobec następującej alternatywy : albo ulegnie, ryzykując że ktoś inny będzie dyktował jej wybory, albo umocni się, by wywierać wpływ za każdym razem, kiedy to okaże się konieczne w służbie własnej tożsamości i zasad.

Ja sam bez wahania wybieram tę drugą opcję. Dlaczego? Bo wiemy, jak to wskazywał Paul Valéry, że cywilizacje są śmiertelne. W jaki sposób tę drugą opcję osiągnąć? Czyniąc z Europy podmiot stanowiący o własnym losie.

W tym zakresie jest oczywistość, którą winienem przypomnieć: w dłuższej perspektywie czasowej możemy pragnąć realizacji tego projektu jedynie pod warunkiem, że będziemy w stanie zapewnić swoje bezpieczeństwo.

Dlatego też sądzę, że nie można wspominać roku 1989, kiedy Europa zjednoczyła się wokół zasad demokracji i wartości humanizmu, nie nawiązując do roku 1990, kiedy przyjęta została Paryska Karta Nowej Europy. O co w niej chodziło? O budowanie kolektywnego bezpieczeństwa europejskiego poprzez wdrożenie dziesięciu głównych zasad przyjętych już w 1975 roku w Helsinkach.

Jednakże ta wola tworzenia kolektywnego bezpieczeństwa europejskiego, tak obecna na początku lat 90, stopniowo zanikała. Powinno się ją teraz rozbudzić na nowo.

Obserwowaliśmy bowiem, jak stopniowo słabną siły, które miały przyczyniać się do umacniania architektury bezpieczeństwa przewidzianej Paryską Kartą; byliśmy też świadkami metodycznych wysiłków zmierzających do stopniowego, systematycznego i obecnie niemalże całkowitego rozkładu wszystkich instrumentów mających na celu regulowanie narzędzi przemocy: od środków budowy zaufania aż po traktaty ograniczające czy redukujące zbrojenia, bez względu na kategorie. W efekcie wytworzyła się niebezpieczna pustka, niosąca groźbę konfliktu na naszym kontynencie, spowodowanego przypadkiem czy celowo. Wskazują na to mnożące się incydenty zbrojne. Być wiernym obietnicom 89 roku oznacza chcieć wyjść z takiej niestabilności, chcieć ograniczyć to ryzyko.

Od czasu konfliktów w byłej Jugosławii, które pokazały Europejczykom, jakie ciążą na nich zobowiązania w zakresie zapewnienia bezpieczeństwa na kontynencie, pojawiły się kolejne zagrożenia. Nie mam tu jedynie na myśli super-przemocy terrorystycznej. Wojna powróciła do Europy: w Gruzji, a następnie na Ukrainie. Na terenie jednego z dużych miast europejskich została użyta broń chemiczna. Cyberatakami próbowano dokonać sabotażu i wstrząsnąć samymi fundamentami naszych demokracji, procedur wyborczych i debat publicznych.

Niektórzy zdają się z tym godzić. Ale my, Europejczycy, po straszliwych tragediach, które siały spustoszenie na naszym kontynencie w XX wieku, nie możemy na to przystać. Oto powód, dla którego nie zamierzamy zadowolić się obecnym stanem rzeczy wobec Rosji, której agresywne działania, jak wiadomo, zburzyły nasze otoczenie strategiczne w ciągu ostatniego dziesięciolecia.

A więc czego nam potrzeba, by zagwarantować nasze bezpieczeństwo i powrócić do obietnic składanych w listopadzie 1990 roku, kiedy to, w Paryżu, przyjmowano wspomnianą Kartę, która rzucała podwaliny pod zasady architektury bezpieczeństwa w Europie?

Potrzeba nam przede wszystkim transatlantyckiej więzi.

My, Francuzi, także chcemy tę więź uchronić. Jest nam potrzebna politycznie, militarnie i strategicznie. A w szczególności w ramach operacji wojskowych, które prowadzimy na Bliskim Wschodzie i w regionie Sahelu, z udziałem czeskich sił zbrojnych. Co nie wyklucza możliwości trzeźwej oceny ich przebiegu i wyciągania wszelkich stosownych wniosków. Każdy ma świadomość, że czasy, kiedy Europa mogła powierzyć innym troskę o własne bezpieczeństwo polegając wyłącznie na nich, bezpowrotnie minęły. Przy czym ta świadomość nie pojawiła się wraz z wyborem prezydenta Trumpa. To, co w Europie nazywamy autonomią strategiczną i co pokrywa się w istocie dokładnie z pojęciem współdzielenia ciężaru, jest warunkiem – jednym z warunków – silnej i wiarygodnej więzi transatlantyckiej.

Zresztą niektórzy spośród amerykańskich rozmówców sugerują, że nasza zdolność działania na własną rzecz jest dokładnie tym, dzięki czemu Francja jest najlepszym partnerem Waszyngtonu w dziedzinie obrony.

Potrzebujemy więzi transatlantyckiej, potrzebujemy także, by NATO pozostało takie, jakim było dla nas po roku 89: siłą stabilizacji.

Dlatego też Francja zapragnęła otworzyć debatę na temat dezorientacji, która obecnie występuje w Sojuszu Północnoatlantyckim. Szczyt, który właśnie miał miejsce w Londynie, stał się zaczątkiem prawdziwej wewnętrznej dyskusji strategicznej. Braliśmy w niej obaj udział. To było konieczne, w imię trwałości i umacniania więzi transatlantyckiej.

Warunkiem koniecznym siły Sojuszu Północnoatlantyckiego jest teraz to, by Europejczycy okazali się bardziej proaktywni, by wzięli na siebie większą odpowiedzialność w ramach odnowionego i na powrót zrównoważonego Sojuszu. Tak, jak nie będzie europejskiej obronności bez NATO, tak też nie będzie wiarygodnego i trwałego Sojuszu bez umocnienia europejskiej odpowiedzialności.

Tak to widzimy od dawna i Francja w konkretny sposób angażuje się w wymiar odstraszania i obrony NATO, czy to w krajach bałtyckich, czy w rejonie Morza Czarnego. Francja szanuje interes bezpieczeństwa wszystkich europejskich partnerów i sojuszników, traktując je w pełni jako własne. Z ich obrony uczyniła niezmienny priorytet. To zresztą oświadczył prezydent Macron przedwczoraj w Londynie. Jesteśmy i pozostaniemy nieustępliwi, kiedy suwerenność nasza czy naszych partnerów będzie zagrożona. Nasi sojusznicy mogą liczyć na Francję, na jej zaangażowanie, na jej siły zbrojne. Zawsze.

A po trzecie potrzebujemy takiej organizacji bezpieczeństwa w Europie, która zagwarantuje strategiczną stabilność całego kontynentu.

Taki jest sens formuły, w której od 1967 roku NATO łączy odstraszanie i dialog. Taki jest także sens propozycji prezydenta Francji dotyczącej europejskiej architektury bezpieczeństwa i zaufania.

Powiedzmy to wyraźnie, ja sam stwierdzam to tutaj jasno: jeżeli mamy odwrócić systematyczne rozmontowywanie, o którym przed chwilą wspominałem, winniśmy rozpocząć rozmowy właśnie z Rosją. Bez pochlebstwa, bez naiwności, mając na celu obronę bezpieczeństwa wszystkich Europejczyków, wykorzystując układ sił za każdym razem, kiedy będzie trzeba. Ale geografii po prostu ignorować nie możemy.

Podejmowane przez nas inicjatywy powzięliśmy przy ścisłym przestrzeganiu uzgodnionych europejskich zasad? I nie mamy zamiaru zaniedbywać interesów bezpieczeństwa europejskich partnerów, wręcz przeciwnie, skoro to są także nasze własne interesy.

Dlatego też pragniemy, by Europejczycy zajęli się głównymi zagadnieniami strategicznymi, militarnymi, nuklearnymi, które bezpośrednio dotykają ich bezpieczeństwa. A wśród tych kwestii jest odbudowanie ram prawnych i środków transparencji, które powinny umożliwić ograniczenie ryzyka mimowolnej eskalacji wojskowej, ustanowić ograniczenia dotyczące zdolności bojowych naszych potencjalnych wrogów zmniejszając w taki sposób zagrożenie.

Odkąd przestał funkcjonować Traktat o konwencjonalnych siłach zbrojnych w Europie, w obliczu końca traktatu INF o całkowitej likwidacji pocisków rakietowych pośredniego zasięgu oraz niepewności co do traktatu New START do roku 2021, Europa może na powrót stać się areną nieposkromionego wyścigu zbrojeń konwencjonalnych i jądrowych. Nie mieliśmy do czynienia z taką sytuacją, nie przeżywaliśmy tego od końca lat 1960, od czasu zakończenia kryzysu berlińskiego czy kubańskiego.

Ponowne zapanowanie nad zbrojeniami w Europie jest naszym obowiązkiem, nas Europejczyków, jeśli nie chcemy stać się jedynie areną konfrontacji obcych sił. Chcielibyśmy, aby tego typu refleksja została wkrótce w Europie podjęta jako europejski wkład w rozpoczętą przedwczoraj strategiczną refleksję Paktu Północnoatlantyckiego, a także w ramach obrony naszych interesów i naszej wizji międzynarodowego ładu.

Wreszcie, Szanowni Państwo, musimy odnaleźć ducha i sens Helsinek, ducha i sens Karty Paryskiej.

Kiedy zasady z Helsinek są ignorowane lub łamane, odbywa się to zawsze kosztem tego, co chcemy tu w Europie budować. Pokazało to trzydzieści ostatnich lat. Kiedy wraca logika stref wpływów, lekceważona jest równość suwerennych państw oraz poszanowanie nierozerwalnie związanych z nią praw. Kiedy przebieg choćby jednej granicy jest zmieniany siłowo, nienaruszalność wszystkich granic ulega zachwianiu, a wraz z nią zasada nie uciekania się do przemocy oraz zasada integralności terytorialnej państw. Kiedy polityczni oponenci są więzieni, podstawowe lub akademickie swobody ograniczane, wówczas deptane są prawa Człowieka i sama demokracja.

Dlatego sądzę, że te podstawowe zasady, te z Helsinek i Karty Paryskiej, oraz konieczność ich wprowadzania w życie pozostają w pełni aktualne. Musimy na nowo zabrać się za coś, czego próbowano już trzydzieści lat temu. W ciągu roku sprawimy, że dyskusja ta będzie mogła pojawić się na szczeblu europejskim, tak byśmy mogli wspólnie podjąć ten temat w listopadzie przyszłego roku, w ramach trzeciej edycji Paryskiego Forum na rzecz Pokoju w listopadzie 2020 roku.

W gruncie rzeczy, w kwestii bezpieczeństwa jak w innych sprawach naszym wyzwaniem jest budowanie prawdziwej suwerenności europejskiej.

Zaczęliśmy już nad tym pracować. Dzięki tym wysiłkom, Europa zaczyna nareszcie uświadamiać sobie własną siłę, która pozwala jej zachować wolność wyboru oraz swobodę głoszenia wyznawanych wartości.

Ta wspólna suwerenność niczego nie ujmuje suwerennościom krajowym. W świecie pełnym zagrożeń, w świecie morderczej konkurencji, ona je chroni. Wybranie jednej nie oznacza rezygnacji z drugiej. Wręcz przeciwnie!

Rozumiem, że kraje, które jeszcze trzydzieści lat temu należały do bloku wschodniego, są żarliwie przywiązane do swojej suwerenności. Chcę im jednak powiedzieć, że suwerenność europejska nie jest ani powrotem do Świętego Cesarstwa Rzymskiego, ani do doktryny Breżniewa na modłę brukselką. To dla każdego z państw członkowskich możliwość zachowania niepodległości w świecie, w którym rywalizacja mocarstw jest odczuwalna we wszystkich dziedzinach.

Chciałbym powiedzieć z całą mocą: prawdziwy Europejczyk to nie ten, który zaprzecza istnieniu i znaczeniu państw narodowych; podobnie jak prawdziwym patriotą nie jest ten, który odrzuca i potępia Europę. Europejczyk patriota lub patriota europejski, to natomiast ten, kto jest świadom, że bez silnych państw projekt europejski jest kruchy, że bez silnej Europy nasze państwa są słabsze.

Wreszcie, jeśli nie chcemy być bezsilni w XXI w, to jest taka dziedzina, którą Europejczycy muszą bezwzględnie opanować, by zapewnić sobie suwerenność; mówiliśmy o tym z Tomášem przed chwilą: chodzi o cyberprzestrzeń.

W tej dziedzinie bowiem także istnieje poważne ryzyko, że inni narzucą nam swoje wybory i dotyczy to w równym stopniu państw, jak i przedsiębiorstw.
W tym nowym, potencjalnie konfliktowym obszarze obserwujemy pojawianie się wyrafinowanych strategii sił, które mają atakować lub destabilizować. Kolejnym zagrożeniem dla nas jest ryzyko uzależnienia się od technologii obcych podmiotów, od 5G poczynając aż po sztuczną inteligencję. Istnieje wreszcie ryzyko takie, że praktyki niektórych dużych podmiotów prywatnych, wobec braku odpowiednich regulacji prawnych, naruszą podstawowe prawa naszych współobywateli, w szczególności prawo do poszanowania prywatności.

Musimy reagować, podjąć wspólne działania jako Europejczycy, by zbudować europejską suwerenność cyfrową, która będzie jednocześnie zgodna z naszymi wartościami, czyli nie będzie ani izolacjonistyczna, ani władcza, ale da nam zdolność do decydowania o własnym losie.

Trzeba sobie powiedzieć jedno: nie zaczynamy od zera. Mamy infrastruktury techniczne, ekosystemy innowacji. Mamy wizję świata cyfrowego, o który nam chodzi: „wolnego, otwartego, bezpiecznego”. Mamy zdolności, by go promować. Zrobiliśmy to już przy rozporządzeniu o ochronie danych osobowych, RODO, pracujemy nad podobnym w dziedzinie podatku od usług cyfrowych.

W moim pojęciu, żeby zbudować cyfrową suwerenność Europy, promować europejską wizję usług cyfrowych i praw człowieka w dobie cyfryzacji, powinniśmy się skupić na czterech zagadnieniach.

Po pierwsze wzmocnić bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni.

Jak już mówiłem, bezpieczeństwo jest fundamentem naszej suwerenności. Pojęcia szpiegostwa, sabotażu, włamania nabierają nowego wymiaru w erze cyfrowej i dotyczą naruszeń, na które nie możemy się godzić. By się zabezpieczyć przed takimi zagrożeniami, by w razie ich wystąpienia się im przeciwstawić, musimy dysponować własnymi zdolnościami. Będzie to także wymagało zwiększenia stabilności środowiska, w którym mają miejsce, czyli cyberprzestrzeni.

Podjęliśmy już pewne inicjatywy w tym kierunku: na przykład apel paryski na rzecz zaufania i bezpieczeństwa w cyberprzestrzeni, podpisany przez rządy i przedsiębiorstwa z myślą o opracowaniu wspólnych zasad w celu ochrony praw osób prywatnych i wzmocnienia norm międzynarodowych. Prócz apelu paryskiego jest też apel z Christchurch, który ma uniemożliwić wykorzystywanie Internetu do celów terrorystycznych. Możemy także pomagać innym krajom chronić się bez konieczności oddawania się w niewolę jakiemuś cybermocarstwu.

Po drugie musimy także wygrać bitwę o innowacyjność.

W kilka lat Europa powróciła na drogę innowacji cyfrowej. Kilka miast europejskich, w tym Paryż, stało się innowacyjnymi ekosystemami.

Europa musi zebrać siły i proponować europejskie rozwiązania na wyzwania, jakie stawia przed nami najbliższa przyszłość: chodzi o inteligentne miasta, o cyfrową obsługę usług medycznych, o autonomiczny transport. Musimy określić krytyczne sektory i dziedziny, od sieci 5G po kwestie dotyczące tożsamości cyfrowej i kryptowalut. Musimy oczywiście czynić dalsze postępy w dziedzinie badań naukowych, w ścisłym powiazaniu z przedsiębiorstwami.

W moim przekonaniu musimy nadal dążyć do stworzenia rzeczywistego jednolitego rynku usług cyfrowych. To jednak nie wyczerpuje jeszcze tematu. Musimy z determinacją pracować nad umocnieniem europejskich technologii cyfrowych, zarówno w zakresie przechowywania danych, przetwarzania wielkich zbiorów danych lub przetwarzania danych w chmurze. To jest klucz do zapewnienia poszanowania naszych wartości i naszych praw.

Po trzecie, musimy także umocnić naszą rolę potęgi określającej standardy.

Tak jak zrobiliśmy to z RODO, musimy nadal prowadzić innowacje także w zakresie regulacji prawnych aby zapewnić przewidywalność i zaufanie do całego sektora, ale także by narzucić poszanowanie podstawowych zasad. Myślę tu o regulacjach dotyczących sztucznej inteligencji, o przepisach dotyczących treści oraz bezpieczeństwa cyberprzestrzeni. We wszystkich tych sprawach będziemy budować, drogi Tomášu, koalicje większościowe. I będziemy umieli to robić.

Wreszcie po czwarte, musimy chronić wspólne dobra, jakimi są wspólne, otwarte infrastruktury cyfrowe.

Dzisiaj europejski innowator zmuszony jest korzystać z szeregu zasobów – infrastruktur, danych, systemów płatności – które są własnością podmiotów monopolistycznych. A te podmioty, na podstawie samodzielnie określonych warunków użytkowania, bez żadnych konsultacji, narzucają swoje reguły gry.

Ponieważ nie mamy hegemonicznej wizji suwerenności, chcemy raczej, aby to świat cyfrowy był organizowany wokół dobra wspólnego, bez zawłaszczania ze strony tych, którzy są faktycznymi monopolistami z uwagi na posiadaną moc obliczeniową, opanowane technologie czy dominację finansową. Dlatego musimy zachować czujność, by chronić i rozwijać wspólne, otwarte infrastruktury cyfrowe, dostępne dla wszystkich do korzystania i dalszego ich rozwijania.

We wszystkich tych tematach, Francja chciałaby wraz z chętnymi krajami europejskimi zainicjować w 2020 roku refleksję na temat cyfrowej suwerenności europejskiej. Mam poczucie, że refleksja ta jest spójna z pierwszymi wystąpieniami nowej przewodniczącej Komisji.

Drodzy przyjaciele,

Będę kończył, mówię już długo. Chciałbym powiedzieć, że jeśli z perspektywy czasu rok 1989 czegoś nas uczy, to tego, że bieg historii nie jest linearny. Do dobrego tonu należy dzisiaj zwracanie uwagi na arogancję Zachodu, który w obliczu załamania się bloku sowieckiego uznał za pewnik zwycięstwo liberalnej demokracji i gospodarki wolnorynkowej.

Niedobrze byłoby jednak, gdyby ówczesny „determinizm demokratyczny” został zastąpiony trzydzieści lat później pewnego rodzaju „determinizmem populistycznym”. W obliczu rosnącej fali populizmów, w obliczu kontestacji modelu demokracji liberalnej, wobec podważania multilateralizmu, przepowiadany jest obecnie „koniec porządku liberalnego”. W pewnym sensie nowy koniec historii, odwrócony, który bardziej przypomina trwożliwe zamykanie się na świat zewnętrzny, niż zapowiada świetlaną przyszłość.

Otóż prawdziwa nauka płynąca z roku 1989 jest taka, że historia nigdy nie jest pisana na wyrost oraz że to narody ją piszą. Z punktu widzenia lidera politycznego można się z tego jedynie cieszyć; to doskonała wiadomość, ponieważ oznacza, że Europejczycy mogą swobodnie planować swoją przyszłość i że pracując razem będą w stanie stworzyć i obronić modele społeczne oraz modele ładu międzynarodowego, w które wierzą. Jak mówił Vaclav Havel, duch oporu i odwaga się opłacają.

Rok 1989 zapewne nie dotrzymał jeszcze wszystkich swoich obietnic. Czy to powód, by poddać się panującej atmosferze rozczarowania? Nie sądzę. Upatruję w tym raczej dodatkowy powód dla Europejczyków, by nadal pracować razem i pisać wspólną historię.

Jest to, jak sądzę, najpiękniejszy sposób na to, by dochować wierności duchowi 1989 roku i złożyć hołd wszystkim tym, którzy trzydzieści lat temu swoją wiarą, wytrwałością i entuzjazmem tworzyli historię, waszą historię, naszą historię, z korzyścią dla naszej wspólnej Europy, Europy wolnej, suwerennej, przesyconej humanizmem.

Aby zachęcić nas wszystkich do czerpania siły z 1989 roku, byśmy lepiej razem budowali przyszłą Europę, pozwolą Państwo, że zakończę natchnionymi słowami Nietzschego, pełnymi cennej dla nas mądrości: niech nasza teraźniejszość będzie zapładnianiem przeszłości, by tworzyć przyszłość.

Dziękuję Państwu za uwagę.

opublikowano 19/12/2019

Haut de page